strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Cnota cierpliwości

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Uważa się powszechnie, że piłkarze z Afryki (to a propos rozgrywanych właśnie mistrzostw tego kontynentu) zalewają wręcz Europę. Być może jest to słuszna obserwacja, jeżeli chodzi o takie kraje jak Francja (przede wszystkim), Hiszpania, Portugalia, w drugim szeregu Niemcy i Anglia, Polskę jednak ta fala omija. W rundzie jesiennej w składach drużyn ekstraklasy pojawiło się tylko siedmiu piłkarzy z afrykańskimi korzeniami (wliczając w to „Włocha” Oshadogana w Widzewie), też siedmiu było ich w naszej ekstraklasie w poprzednim sezonie, a do tego kilku z nich trafiło do Polski nie bezpośrednio z Afryki, a „z przesiadką” we Francji czy Włoszech. Liczba ta spada (w trzech wcześniejszych sezonach było ich odpowiednio 14, 10 i 15), a jeżeli chodzi o kierunki eksportu piłkarzy do Polski, to Afryka od pewnego czasu ustępuje Brazylii i Bałkanom. Potrzebne jest jednak zastrzeżenie – omawiane liczby odnoszą się do piłkarzy, którzy faktycznie potrafią na tyle grać w piłkę, by myśleć o miejscu w zespołach ekstraklasy. Nie brak bowiem piłkarzy z Afryki w zespołach klas niższych (do piątej ligi włącznie), bo import jest zaiste masowy, z tym jednak, że ilość nie ma nic wspólnego z jakością. Krążą po kraju grupy chłopaków z Nigerii czy Ghany, którzy za sto dolarów miesięcznie starają się jak potrafią i liczą na cud, albo nawet i nie, bo sam przyjazd do Europy jest już dla nich bezgranicznym szczęściem. W warszawskiej okręgówce „all blacks” grali w PKS Radość, a teraz ich menedżer dogadał się z Danielem Goszczyńskim (tym z ŁKS) i umieścił swoich podopiecznych w III-ligowej Stali Głowno, zespole też sponsorowanym przez Goszczyńskiego. Cztery punkty w 15 meczach – więcej o ich umiejętnościach pisać nie warto. Niewielu udało się polskim klubom wyłowić z afrykańskiego lądu piłkarzy, którzy po wypromowaniu u nas zrobiliby później karierę w wielkiej piłce. Najdalej zaszedł niewątpliwie Olisadebe, głośno było przez chwilę o Tettehu i Zeigbo, ale przecież w niczym nie dorównują oni Drogbie czy Eto’o. Są dwa powody takiego stanu rzeczy. Pierwsza sprawa to sama selekcja i penetracja rynku. Jak trudno tam działać, przekonują się od czasu do czasu polscy menedżerowie. Kiedyś do Nigerii pojechał osobiście Marek Chojnacki, wówczas (teraz zresztą również) odpowiedzialny za transfery w ŁKS. Nic nie załatwił, nikogo godnego uwagi mu nie pokazano, sam nie był w stanie nigdzie dotrzeć, a podczas pobytu zetknął się jeśli nie z otwartą wrogością, to co najmniej z nieskrywaną niechęcią tamtejszych handlarzy piłkarskimi talentami. Nie wykorzystujemy pod tym względem szans, jakie stwarza zatrudnianie w niektórych krajach polskich trenerów. Polska piłka nic nie miała na przykład z pracy na tym kontynencie takich trenerskich gwiazd jak Wojciech Łazarek i Henryk Kasperczak, którzy zajmowali się reprezentacjami i pewnie nie chcieli nawet wkraczać na teren zastrzeżony dla zawodowych menedżerów. Nawet jeśli utalentowany piłkarz do Polski trafi, to i tak są niewielkie szanse, że zrobi karierę. Rzucony w obce środowisko, przestraszony nowymi warunkami życia, często też niedożywiony i nieprzygotowany fizycznie do wysiłku, młody chłopak nie jest w stanie od razu pokazać swoich możliwości i umiejętności, zwłaszcza że z reguły nic się nie zgadza z zapewnieniami menedżera, a owe „testy” trwają najczęściej jedną połowę meczu sparringowego. „Kto to jest? Napastnik?” - pytają partnerzy testowanego, którzy nie potrafią się z nim porozumieć i nie wiedzą, jak z nim grać, a on sam też nie ma pojęcia, o co chodzi. John Paintsil, jeden z bardziej znanych obecnie piłkarzy reprezentacji Ghany, był podobno kilka lat temu na sprawdzianie w Widzewie. Podobno – bo nikt go w Łodzi nie pamięta i brak jego nazwiska w klubowej dokumentacji, nawet nie zagrał więc w żadnym sparingu (chyba że pod innym nazwiskiem, bo i takie sytuacje się zdarzają). „Za moich czasów przewinęło się w klubie chyba z pięćdziesięciu piłkarzy z Afryki. Któż by ich wszystkich spamiętał?” - mówi Tadeusz Gapiński, po 23 latach pracy zwolniony właśnie przez nowych właścicieli klubu z funkcji kierownika drużyny Widzewa. Pamiętam jak raz w czasie sparingu nieżyjący już Ryszard Starzyński, dziennikarz, a potem piłkarski menedżer, przywiózł dwóch zawodników i ich opiekuna do Opoczna, gdzie Ceramika grała akurat z Widzewem. Zrobiło się zamieszanie i niewiele brakowało, a na boisko wepchnięto by też owego menedżera, zaś obaj zawodnicy byli tak tym wszystkim przestraszeni, że nie byli w stanie odpowiedzieć na pytanie o nazwisko i imię. To jasne, że takimi metodami żadnego talentu w Afryce nie znajdziemy. Można się śmiać z efektów działania „międzynarodowej szkółki piłkarskiej” Antoniego Ptaka, ale była w tym przynajmniej jakaś myśl. Trzeba młodych piłkarzy oswoić z klimatem i kuchnią, dać im okazję do aklimatyzacji psychicznej, rzetelnie sprawdzić umiejętności i prawidłowo szkolić, by po paru latach mieć nadzieję na efekty. Na to jednak nikt nie ma cierpliwości i czasu, bo z reguły górę bierze zasada „tanio kupić, drogo sprzedać”. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 6 • dodano 06-02-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:917322