strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Byle się nie narazić

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Nie mam nic przeciwko temu, by wielkie państwowe spółki, tak jak niegdyś przodujące kombinaty socjalizmu, wspierały w różny sposób sport: od budowania i utrzymywania obiektów po finansowanie ligowych zespołów. Jakikolwiek zakaz w tym względzie wygląda na ekonomiczną perwersję, bo o wszystkim powinna decydować praktyka: konkretne możliwości i potrzeby, bo siła ekonomiczna wielkich firm jest tak duża, że nikt nie jest w stanie ich w licznych przypadkach zastąpić. Jak choćby w Płocku, Lubinie czy Bełchatowie, gdzie rafineria, kopalnia, huta czy elektrownia to najwięksi pracodawcy. Zajmujący się gospodarką politycy Platformy Obywatelskiej wysłali jednak niepokojący sygnał, poddając w wątpliwość słuszność takich rozwiązań. Wobec braku sukcesów na innych polach chcieli się wykazać czymkolwiek – oczywiście jak zwykle najłatwiej namieszać w sporcie. Biorąc pod uwagę partyjne afiliacje, najbardziej powinni się bać w Lubinie, bo zarząd KGHM oraz klubu wskazany był przecież przez przegrany PiS i dawno już przepowiadano, że „czystka” w państwowych spółkach zacznie się właśnie tam. O Bełchatowie nie mówiono w tym kontekście zbyt wiele, a jeżeli już, to raczej pozytywnie, bo trudno tam się było ostatnio doszukać przykładów bezmyślnego marnotrawienia środków finansowych. Wprost przeciwnie, rozbudowywany jest stadion, powstała nowa hala dla siatkarzy, którzy znaleźli się właśnie w finale swojej Ligi Mistrzów, dużo czasu i pieniędzy poświęca się na szkolenie młodzieży i w ligowej kadrze zaczęli pojawiać się wychowankowie klubu. Zapowiedź zwiększenia budżetu drużyny piłkarskiej kazała spodziewać się istotnych wzmocnień, ale kiedy taka okazja się nadarzyła, szefowie klubu przestraszyli się... własnego cienia i postanowili się nie wychylać. Jak można się domyślać, chodzi o Radosława Matusiaka, który po roku straconym na przeprowadzkach do Włoch i Holandii wrócił do kraju zanim zdążył się tam rozpakować. Rok temu klub zgarnął ponad dwa miliony euro i teraz nikt nie kazał tych pieniędzy oddawać – trzeba było tylko znaleźć gotówkę na zapewnienie mu godziwej piłkarskiej pensji przez najbliższych pięć miesięcy. Sam zawodnik, który szczerze deklarował, iż powrót do Polski jest dla niego celem do realizacji głównego planu, czyli wyjazdu z reprezentacją na mistrzostwa Europy, świadom było tego, że tyle, ile dostawał w Heerenveen, w Bełchatowie nie zarobi. To normalne, bo przecież pensje kierowcy w Polsce i w Holandii też są różne. Jedna trzecia holenderskiej kwoty (czyli około 30 tysięcy złotych miesięcznie) była realnym rozwiązaniem, choć może demagogicznie rzecz biorąc, może szokować tych, co muszą utrzymać rodziny za dwa tysiące. Na każdym kolejnym spotkaniu okazywało się jednak, że kwota ta jest coraz niższa i stało się jasne, że do zgody nie dojdzie. Matusiak pojechał do Krakowa, będzie grał w Wiśle, gdzie właściciel klubu nie musi się z nikim liczyć przy ustalaniu pensji, bo to jego prywatne pieniądze, a sam zawodnik oraz jego ojciec-menedżer przezornie zabrali na ostatnią rundę negocjacji kupiony w drodze do Bełchatowa magnetofon, by zgodnie z nową modą nagrać partnera. Słuchając nagrania przyznać trzeba, że obie strony poczynały sobie bardzo bojowo. Może i były jakieś inne powody rezygnacji GKS z zatrudnienia Matusiaka, ale ponieważ szefostwo klubu i kopalni konsekwentnie przez cały tydzień milczało, czuję się uprawniony do przedstawienia swojej wersji wydarzeń jako najbardziej prawdopodobnej. Otóż szanowna dyrekcja kopalni (jeszcze na ostatnich meczach rundy jesiennej prezes Jacek Kaczorowski osobiście zasłaniał mi widok, machając z entuzjazmem klubowym szalikiem w loży honorowej), w trosce o swoje posady postanowiła w prosty i niedrogi sposób przypodobać się nowej władzy, gorliwie realizując myśl rzuconą w naród przez partyjnego bonzę z PO. Ponieważ sprawa z Matusiakiem daje pewien pogląd na to, co za chwilę może się dziać w Bełchatowie, można przypuszczać, że zaczną teraz uciekać następni zawodnicy (Garguła już też podąża za kolegą do Krakowa, chociaż w tym przypadku nie ma jeszcze jasności). Wielkich transferów nie będzie, bo nikt nie odważy się zaszaleć za „państwowe pieniądze” i z marzeń o wielkiej piłce pozostanie tylko... prowincja (bardziej pasowałoby określenie „mentalna wiocha”), przed którą Bełchatów tak mocno się przecież broni, strzelając jednak sobie przy tym samobójcze gole. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 7 • dodano 12-02-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:917325