Wyłudzone karne

Dziury w całym
Filipiak WojciechI znów za jedynego winowajcę porażki Odry Wodzisław w ligowym meczu z Widzewem w Łodzi większość komentatorów uznała sędziego, który podarował Widzewowi karnego, a nie widział, jak obrońca tej drużyny pół godziny później fauluje bezceremonialnie rywala na polu karnym. Jan Woś powiedział po meczu przed telewizyjnymi kamerami: „Mam tego pana w d...”. Nie był zanadto oryginalny, bo cytował tylko Macieja Szczęsnego, który też potraktował kiedyś w ten sposób jednego z „pomocników fryzjera”.
To bardzo wygodne mieć pod ręką takiego „dyżurnego” winowajcę. Wskazania arbitra jako sprawcy porażki rozgrzesza wszystkich innych uczestników tego meczu, zarówno z jednej, jak i z drugiej drużyny. Ale przecież za straty, jakie powstały podczas pożaru, odpowiada podpalacz, a nie strażacy, a za przestępstwa wsadza się do więzienia złodzieja, a nie policjantów, nawet wtedy, jeśli łapią go nieudolnie.
Tak samo na boisku piłkarskim. Zaczyna się wszystko od zawodników, i to dopiero ich zachowanie ocenia sędzia. Są tacy piłkarze, którzy specjalizują się wręcz w oszukiwaniu arbitrów i mniej już ich nawet obchodzi próba zmierzenia się z rywalem i pokazanie nad nim wyższości w operowaniu piłką, szybkości i innych umiejętnościach piłkarskich.
Przyznać trzeba, że najtrudniejsze zadanie, przed jakim stoi sędzia w czasie meczu, to ocena zachowania piłkarzy w polu karnym. W tej części boiska piłkarskiego normalne przepisy gry od dawna nie mają już zastosowania, bo obowiązuje swoisty „kodeks”. Wprawdzie autorytety sędziowskie przy każdej okazji zapewniają, że ocena faulu nie zależy od miejsca jego popełnienia, ale przecież każdy wie, że praktyka jest zupełnie inna i nawet rutynowany sędzia międzynarodowy kalkuluje w takim momencie, czy atakowany zawodnik miał szansę na strzelenie gola, czy też nie. Nie widziałem nigdy, by na przykład przyznano karnego za faul w wyskoku w walce o piłkę, a przecież na polu karnym zawodnicy tak samo przepychają się i uderzają łokciami, jak w każdym innym miejscu boiska. Znajomi fotoreporterzy, którzy stoją przecież za bramką i widzą najlepiej, twierdzą wręcz, że w każdym meczu powinno być pięć-sześć karnych, bo łapanie za koszulkę, trzymanie za tułów, czy też sprytne kopanie po kostkach jest nagminne. To nie jest kwestia samych przepisów, co ich interpretacji – przyjęło się uznawać, że w obronie wolno więcej. Cel uświęca środki.
Skoro tak, to dlaczego napastnicy mają być pokrzywdzeni? Istnieje cała grupa artystów – iluzjonistów i akrobatów – którzy są w stanie wyczarować dla siebie jedenastkę przy każdej okazji. Wystarczy tylko „poczuć ciepło ręki” albo usłyszeć za plecami sapanie goniącego rywala, by efektownie się przewrócić. Jeżeli sędzia da się nabrać, to oczywiście jego błąd, ale czy mamy się godzić na to, by rozgrzeszać piłkarza, który oszukuje i wyłudza karne? Jestem przekonany, że są zawodnicy, którzy tego rodzaju zagrania ćwiczą na treningach, a trenerzy pewnie im w tym pomagają.
Maciej Kowalczyk utrzymywał po meczu, że przeciwnik trącił go w piętę. Nie przyznaje się do winy i nie widzi niczego nagannego w tym, że sfingował upadek, przewracając się umiejętnie o własną nogę. Ciekawe, co sam by powiedział, gdyby był na miejscu obrońcy?
Pewnie to samo, co Jan Woś – miałby pretensje do sędziego, a nie kolegi po fachu. Woś wyzwał arbitra od najgorszych, bo jest po tej samej stronie barykady, co piłkarz Widzewa, o którym nawet nie wspomniał. Dobrze wie, że za tydzień to on sam może być w podobnej sytuacji – jest zbyt doświadczonym zawodnikiem, by samemu nie wiedzieć, co można wmówić niepewnemu swoich decyzji sędziemu.
Zdarza się, że piłkarze są karani na podstawie późniejszej analizy zapisu wideo. Dotyczy to przede wszystkim brutalnych fauli, ale także przecież niesportowych zachowań. Konsekwentne wskazywanie i piętnowanie także i tych, co łamią przepisy w ten sposób, dałoby może do myślenia i Maciejowi Kowalczykowi, i Janowi Wosiowi. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 9 • dodano 27-02-2008r. przez darek